Oto krótkie relacje z moich ostatnich wyjazdów. Dłuższe opisy z wcześniejszych wypraw znajdują się w dziale Publikacje, a zdjęcia najczęściej w dziale Galerie. 

Kapadocja 03-10.04.09

Punktualnie o 5.30 na parking podjeżdża biały bus. Szybko wskakujemy do środka. Potem kierowca zabiera jeszcze kilkoro Koreańczyków z hotelu w centrum miasta. Będziemy załogą balonu, który około 7.00 powinien wystartować z Goreme i przez godzinę wznosić się nad kapadockimi wąwozami i dolinami. Przed startem obserwujemy pracę kilkudziesięciu ekip, które rozkładają a następnie napełniają ciepłym powietrzem czasze balonów. To chyba jeden z najlepszych „biznesów” w tej części Turcji – ktoś szybko dokonuje podliczeń 150 euro razy blisko 20 osób w koszach... Po chwili pierwsze kolorowe kule unoszą się w górę, wreszcie staruje i nasz. Z wysokości kilkudziesięciu metrów staram się rozpoznać miejsca, które odwiedziłem w czasie kilkudniowej podróży przez Kapadocję. Widzę zamek Nevsehir, dolina Zelve, miasteczka Goreme, Cavusin, Urgup w oddali Avanos, w którym mieszkamy od kilku dni i gdzieś tam daleko na horyzoncie ośnieżony szczyt Erciyes Dağı.

Na początku był wulkan
Erciyes Dağı (starożytny Argeus) jest najwyższym szczytem środkowej Anatolii. Sięga prawie 4 tys. m. n.p.m. To wygasły wulkan, który kilka milionów lat temu wraz z sąsiednimi wulkanami Hasan i Melendiz zalał lawą  i zasypał piaskiem i popiołem wulkanicznym powierzchnię płaskowyżu Urgup. Potem wiatr i woda wyrzeźbiły w nich fantastyczne kształty dolin, wąwozów, maczug i  kominów skalnych. Przybyli tu ludzie szybko odkryli, że w miękkim tufie można drążyć bezpieczne schronienia. Wulkan po raz ostatni odezwał się w IV w. n.e. Zamieszkujący tu wówczas chrześcijanie odnotowali ten fakt z wielką trwogą jako zapowiedź niezwykłego zdarzenia. Skalne kościoły zapełniły się wiernymi.  Jednak jak sądzę nawet w tych niepewnych czasach nie stały do nich niekończące się kolejki. Tak dzieje się teraz w Skansenie Goreme. Jednak dziś te skalne kościółki nie są miejscami kultu. Wpisane na Światową Listę Dziedzictwa Kulturalnego UNESCO stały się atrakcjami turystycznymi, do których przybywa kilka milionów turystów rocznie. Stojąc we wnętrzu kościoła Tokali (kościoła z klamrą) przysłuchuje się jak miła przewodniczka opowiada Japończykom o wierze chrześcijan w reinkarnację. Trochę zdziwiony nagle pojmuję, że to mała pomyłka reinkarnacja (reincarnation) – zmartwychwstanie (resurection). Poprawić? Wyjaśnić? - nie ma już komu - Japończycy pędzą w wyścigu do kolejnego kościółka.  Średnio każda z grup ma ok. 3 min na pobyt w maleńkim wnętrzu! Jednak i tak stosunkowo nie wiele osób wysupłuje dodatkowe 8 dinarów aby wejść tam gdzie jest najpiękniej - do odrestaurowanego kościoła Karanlik (Ciemnego).  Zbudowany go w XIII w. Ściany pokrywają piękne barwne malowidła ze scenami z Nowego Testamentu. Tu koniecznie trzeba zatrzymać się na dłużej.

Pustelnik lingwista
Nie brakuje miejsc w Kapadocji, gdzie nie ma pędzących tłumów. Np. w dolinie Soganli położonych jest kilkanaście ciekawych kościółków z zachowanymi freskami i prawie nikt tu nie zagląda. Publiczna komunikacja także tu nie dociera. Zatem zdziwiony Sulejman otwiera drzwi swego skromnego domku położonego w górnej opuszczonej części wsi Soganli. Jej mieszkańcy przenieśli się do nowych budynków wzniesionych znacznie niżej w dolinie.  Dojrzał nas przez otwarte okno. Zaprasza do środka na herbatę. Pokazuje stosy słowników i rozmówek. Samotność postanowił wykorzystać na naukę języków obcych. Jednak to chyba początek jego lingwistycznej kariery, zna po kilka słów z wielu języków ale trudno o rozmowę – my nie umiemy prawie nic po turecku. Zatem spotkanie nie trwa długo. W zimnym wietrze wędrujemy zboczami głębokiej doliny. Oglądamy stożkowy kościółek Kubbeli, potem Sakli (ukryty) i na koniec po przeciwnej stronie doliny już prawie o zmroku docieramy do Karabas Kilise (kościoła czarnej głowy). We wnętrzu jest przeraźliwie ciemno a wyjący na zewnątrz wiatr potęguje atmosferę niesamowitości. Jesteśmy w surowym miejscu, gdzie nawet arabscy najeźdźcy dotarli z wielkim trudem i to na koniec swej inwazji w VI w. Już późną nocą zaczynamy powrót do Avanos. Nad płaskowyżem rozpoczyna się burza. Deszcz niesiony zimnym wiatrem zacina zakosami.

Kapadocja z innej bajki
Ihlara to skalny wąwóz, którego dnem płynie wartka rzeka. Ihlara to także wieś, gdzie ów wąwóz bierze swój początek.  Tu wchodzimy w jego czeluść. Wprawdzie po ładnie przygotowanych schodach  ale Cahit wspomina jak niegdyś schodziło się tu wąską ścieżką. Trochę żal mi, że teraz jest łatwiej ale czego się nie robi dla turystów. Odwiedziny Kapadocji bez spaceru dnem doliny uważane są za niekompletne i prawie nie ważne. Jego ściany wznoszą się pionowo do góry ale i tak pełno w nich śladów po wyciosanych w nich ludzkich siedzibach. Wzdłuż całej doliny rozsianych jest kilkanaście kościołków i klasztorów także  wykutych w skałach. Ich wnętrza ozdobione są częstokroć niezwykłymi malowidłami. Oto np. Yilanli Kilise (kościół węży)  ozdobiony jest freskami przedstawiającymi grzeszników cierpiących w piekle. Jednak dolina o tej porze roku nie ma nic z piekielnych obrazków. Zielona i kwitnąca zachęca do odpoczynku i lenistwa. Tuż przed wsią Belsirma przysiadamy na zwalonych pniach wierzb. Słońce grzeje coraz mocniej a kilometry przebyte po drogach i ścieżkach Kapadocji odzywają się zmęczeniem. Wznosimy pożegnalny toast zimnym piwem Efez. Efesus? Tak to dobre miejsce na cel kolejnej wyprawy po Turcji.

Zobacz galerię moich zdjęć z Kapadocji:
Galeria Kapadocja

POWRÓT

agencja
  • zaloguj
  • koszyk
  • album
Wpisz słowa kluczowe:
wszystkie zdjęcia
  • powiększenie zdjęcia
  • drukuj zdjęcie
  • zapisz zdjęcie
  • dodaj do albumu
  • dodaj do koszyka
Newsletter